| - Jeszcze przed studiami zdradzała pani predyspozycje aktorskie. Do legendy liceum w Wejherowie przeszła historia jak to pani artystycznie zemdlała na maturze... * Matura to dla młodego człowieka stresująca rzecz. Dziś mogę się przyznać ściągnęłam od mojej koleżanki. Ba! Kartkę jej ukradłam, bo nie chciała mi dać "zrzynać". I dzięki temu mogłam potem iść do szkoły filmowej. A tak na marginesie zauważę, że dla osób antytalentów z przedmiotów ścisłych nie powinno być matury.
- Jak pani odbiera humor z Internetu? * Jego poziom jest bardzo różny. Jest zbyt dużo humoru "poniżej pasa".
- A jaki jest według pani stan kabaretu w Polsce? * Człowiek jest tak skonstruowany, że jeśli mu się czegoś zabrania, to wtedy zaczyna pracować jego wyobraźnia. Dlatego pewna aluzyjność w kabarecie jest potrzebna. Jeżeli teraz wszystko na wszystkich wolno mówić, zatraca to swój smak, przestaje być dowcipem, a staje się publicystyką.
- Z jakiej szkoły humoru pani jest? * Moim nauczycielem humoru, satyry i kabaretu był Laskowik; zresztą z kabaretem "Tey" współpracowałam dwa lata. I jak on powiedział jedno słowo, to wszyscy w Polsce wiedzieli co przez "TO" słowo chciał powiedzieć, a także wiedzieli to, co było między słowami.
- Odeszli już wielcy tekściarze-ironiści: Kofta, Osiecka... * I niestety, nie mają następców; jedynie Młynarski został z tej starej szkoły; jest znakomitym obserwatorem życia. I Kaczmarek. - Wkrótce znajdą się młodsi, i to w naszym piśmie, którzy być może stworzą dla pani nowy romans, na przykład coś jak "Gdzie moja Juli, gdzie mój restoran?". * Ten romans śpiewałam w telewizji chyba z 10 razy...
- W takim razie wręczając pani legitymację Partii Dobrego Humoru o niebanalnym numerze 100, czynimy ją odpowiedzialną za Departament Romansów w naszym ministerstwie kultury! * To dla mnie niespodzianka, bardzo dziękuję!
Rozmawiał: Tadeusz Buraczewski.
Niniejszy wywiad ukazał się w piśmie satyrycznym Twój Dobry Humor 10/2001. |